Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z nią obmyślić środki jakieś na przyszłość. Zobaczywszy ją chorą, zamknął ból w sobie.
— Ja cię nie pojmuję, Sylwanie, płacząc mówiła Lelia — tyś jéj chyba nie kochał? tyś spokojny...
Sylwan się gorzko uśmiechnął tylko.
— Kochałem ją, alem kochał tę inną Hannę, która tu ze wsi przybyła, tę jeszcze dawną moją idealną — a która słabiuchna w przeciągu krótkiego czasu uległa wpływowi powietrza, co ją otoczyło nie czując nawet, że je w piersi wciąga. Mamże ją obwiniać? mojego bólu wysłowić nie potrafię. Ta metamorfoza najpiękniejszéj istoty w pospolitą — biedną, słabą i ułomną — to może więcéj niż utrata serca, bo strata wiary w miłość samą. Wieczną żałobę nosić po niéj będę — lecz Lelio moja, jeśli się Hanna zmienić raz miała, wolę ją zmienioną dzisiaj, niż — późniéj.
Myślę — dodał Sylwan — że mnie i tobie tutejsze powietrze służyć nie będzie. Jesteśmy o tyle od drugich szczęśliwsi, że o chleb powszedni zbyt się troszczyć nie potrzebujemy — mniéj jednym ciężarem... zwiniemy podróżne tłomoki i powędrujemy gdzie daléj...
— Aby na takich samych trafić ludzi... dodała Lelia.
Tego wieczoru Sylwan nie powiedział nic więcéj, uspokoił o ile mógł siostrę i powlókł się późno do domu...
Noc była księżycowa, jasna, spokojna... godzina w któréj się kończą przedstawienia w teatrze, droga