Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jacek, który zbliżywszy się podsłuchał ostatnie słowa Jana; głos bonifratra czarodziejsko podziałał na biednego; znowu nastąpiła przemiana, i wyjaśnionym wzrokiem spojrzawszy na braciszka, spokoił go szepcząc po cichu:
— Nic, nic, nie bójcie się, gadamy sobie z akademikiem... ot tak! o różnych rzeczach...
— Ależ waćpan bałamucił? — rzekł ksiądz Jacek.
— Tak trochę, ale to już przeszło — odpowiedział Jan — znowu się był do mie przyczepił ten utrapieniec... wypędziłem go... nie przeszkadzajcie nam... ten młody chłopiec umie słuchać...
Ksiądz Jacek ruszył ramionami i odszedł.
— Otóż to waćpan masz próbkę tego, co się ze mną dzieje — zawołał Jan po chwili — pokoju mi nie daje, to jeszcze dobrze kiedy się da wyforować, ale często bywa, że siądzie obok poczciwego Jana, ten niegodziwiec, i ząb za ząb się z nim ujada, to mnie tak zmęczy, że na siłach upadam... O czémże mówiliśmy! o biednéj Antosi podobno! Ożeniłem się, ożeniłem i kochałem ją szczerze, i bylibyśmy szczęśliwi, gdyby nie intryga tego łotra. Anim się postrzegł, jak mi