Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żył tabaki, obejrzał się ostrożnie, potrząsł głową, i tak powoli rozpoczął.


V.

— Wszystkim to jawna, że w każdym człowieku jest w istocie nie jeden pojedynczy człowiek, ale dwóch rożnych ludzi... nic pewniejszego — każdy z nas jest podwójny, czujemy to w sobie, a zawsze jeden coś robi, drugi słucha i przeciwi się, jeden czynnym, drugi świadkiem i szydercą... Jakże to może być, spytał zwracając się do mnie, żebyś już nie poczuł w sobie tych dwóch ludzi, którzy całe życie walczyć w tobie będą? Nie poczęliż oni téj rozmowy nieskończonéj i nużącéj, którą nieustannie prowadzić muszą, póki jeden na wieki nie zamilknie? Nie rozpoczęliż boju? Bój to śmiertelny, albo ten łotr Kain niewinnego Abla zabije, albo Abel mieczem Bożym wypędzi Kaina, albo się zrosną jak bracia Siamczycy i wyrodzi się z nich mięszaniec jakiś, pół-djable weneckie, jak większa część ludzi, bo trzeba ci wiedziéć, że takich najwięcéj po świecie. W głupcach pospolicie i Abel słaby