Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mi widziéć dano tak losy twoje, jak widzę życzenia nasze! gdyby wzrok posiać można za wrota nadziei po kwiatek pociechy! Na cóż? Bóg jest i za niemi, na dnie téj czarnéj przepaści jak na niebiesiech zarówno... Może na dnie tajemnicy leży jakie gorzkie słowo, słowo nędzy, los sieroty! O, ja nie chcę tego widziéć.
„Spij kochanie, śpij aniołka, patrzaj jak ci tu spokojnie, w koło serca tarczą stoją, nic do ciebie nie dopuszczą, niczemu dotknąć nie dadzą. — Nie! mój Boże! gdybyż nie! Gdybyż zawsze jak w téj chwili, serca wieńcem w okół stały, nad głową skrzydła anioła, w piersi dusza tak niewinna i taki spokój kolebki!!!
„Tak śpiewa i duma matka, a ojciec...? Ojciec czoło sparł na dłoni, myślą goni dumy jakieś, z których dla swego dziecięcia splata wieniec i kuje korony. On marzy, on czuje. Tamta przeczuła, że za złotemi wrotami nadziei, stoi czarna przepaść, ten już ją widział, a jeszcze w nią wierzy, śniąc przyszłość dla swego syna.
Śpij dziecię, woła w swéj duszy, śpij, a wyrastaj mi w siłę, w siłę potężniéj dwoistą, duszy i ciała, śpij, bo sen także macierzyńską