Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale panie Grzegorzu!
— Co tam panie Grzegorzu! pij cymbale, tupnął nogą hulaka, albo nie... Janek się jeszcze zżymał i chciał wymawiać, a ten go pięścią w bok.
— Pij młokosiu, bo ci łeb rozwalę!
— Gwałt, pomyślał Janek, nie ma rady; trunek więc pochwycił i jednym toastem wychylił, Grzegorz go pocałował, poślinił i poszedł.
Szatan musiał tam coś napuścić do tego trunku, Janek od niego jakby ożył, przeciera oczy... co to takiego, świat inny, niby dzień, niby Niedziela czy święto, czegoś wesoło, aż się chce śpiewać, gdyby inne serce w piersi mu wsadził, istotnie raźno! Co se przypomni goliznę, sińce, przypadki swoje, — to powtarza.
— Pal djabli, jakoś to będzie!
Dziewczęta się śmieją i żartują, karczma nawet tańcuje, belki na pułapie jakby je febra trzęsła, flaszki skaczą na ulicy, kieliszki na stole, a ludzie, nie ma co już i mówić. Janek sobie śpiewać począł i tupać, wziął się w boki, wyzwał by teraz na pojedynek półtory kopy przekupek i pół miasta w dodatku; wąsa kręci choć go nie