Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie masz grosza, to zdychaj z głodu, a cudzego nie rusz, psi synu!
Były tam i inne piękne słowa, których Janek nie zrozumiał, ale za to kułaki mówiły do jego pojęcia jasno i dobitnie; trzy baby tłuste, jedna chuda, obracały go na wszystkie strony, tak że nie było sposobu się wywinąć, zdarły z niego świtkę i dopiero puściły w koszuli. Nieborak uciekł co tchu, paląc się ze wstydu.
— Nie! rzekł do siebie z gniewem, nigdy rozumu miéć nie będę, ojcam nie słuchał, dobrze mi tak!
W tém jakieś skrzypki zagrały i zadzwonił bębenek, ale to nic bębenek i skrzypki, patrzy Janek przez drzwi otwarte, izba ogromna, do koła flasze: żółte, czerwone, białe, tłuste i chude, jedne z szyją jak żurawia, drugie brzuchate jak wieprze; gąsiory, tylko im czubki i pasy ponakładać, podobniusieńkie do starego wójta, bańki przypominające starą Lejbowę, kieliszki, kwarty... a!! Czego tam nie było w pośrodku taniec zawzięty...
Tańcowali, ale jak! rzekłbyś że ich djabeł opętał, tak się nosili po karczmisku z końca w ko-