Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


brze zapłacą... a u Bernardynów ledwie łyżkę strawy i krzyżyk na drogę.
— Kiedy mi tam tatko przykazali!
— Co tam tatko? albo to ty nie masz swojego rozumu.
A popatrzawszy na chłopca, który czapkę w ręku obracał, począł się śmiać z politowaniem.
— A no, no! chcesz do kościoła, — dodał prędko... bardzo dobrze, ruszajże, tak... w prawo, potém w lewo, w tył, naprzód, od siebie, za siebie, zawsze przed siebie —... i trafisz niezawodnie.
Janek zagawronił się chcąc zrozumiéć co mu mówiono, a jegomość w pluderkach znikł z oczów, znowu tedy stoi i medytuje, a w głowie mu się przewraca.
Po chwili jednakże poszedł wprost jak mu stary dziad wskazał, ale powoli się wlokąc, znużony, osowiały, niewiedząc co robić, nie myśląc co pocznie... tak się przywlókł do rynku.
Na rynku dopiero pokusy! Cały dzień nic nie miał w gębie, a tu stosami... smażone kiełbasy, kartofle gorące, bułki, jabłka, śliwki, grzanki, czego dusza zapragnie. Przez nos wlatają zapa-