Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Janek wciąż chciał, a nie mógł odpowiedziéć, dziewczę piosenkę zanuciło, a główką kiwało, i nóżką tupało, chciał iść daléj, ale czuł jakby go na sznurku trzymała.
Czarownica dziewczyna! Zdaje się stoi umyślnie żeby kusić nieboraka, to nóżki koniec wysunie, to rączkę po łokieć pokaże z szerokiego rękawa, to szyjkę wyciągnie, to westchnie żeby pierś rozkołysać... Szatan nie niewiasta! Oparła się o drzwi od niechcenia, śpiewa i jaką piosenkę!

Chłopcze jabłuszko — chłopcze kochanie...
Czego łzy w oczach ci stoją?
Uśmiech to dla ust twoich ubranie.
Nie płacz... twoją... będę twoją!!!

Wyraźnie jakby do niego! Janek już tylko myśli jakby to tu się zbliżyć, i ani się spostrzegł jak dotknął jéj ręki, jak go dłoń jéj palić zaczęła, jak się przysunął do drzwi, jak przychylił ku ustom... uczuł oddech różany, atmosferę szału... utonął w czarnych oczach, słuch, przytomność, pamięć stracił i sobą być przestał, a stał się nią tylko...
Wtém stara sekutnica, baba czy djabeł, jak wypadnie z korytarzy, jak go tnie miotłą po gło-