Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W strachu, nie oglądając się, Janek chciał już uciekać, gdy go za rękę schwytano, stał przed nim z laską, wielki, gruby jak wół mężczyzna, i dłubiąc w zębach patrzał mu w oczy.
— No! gadajno! — nalegał.
Janek łzy połykał, ale po chwili gdy mu się język ustatkował, i myśli pozbierał do kupy, nuż prawić całą historyją tego dnia nieszczęsnego. Stary śmiał się w głos, brał za boki, słuchał, rozpytywał i zachodził ze śmiechu.
— A to przedziwnie, — wołał — a to wyśmienicie! nieoszacowany!
Nie mógł Janek zrozumiéć co w tém wszystkiém było przedziwnego i wyśmienitego, ale nie miał grubemu za złe jego wesołości, bo po skończonéj historyi, dobył z kieszeni złotówkę, dał mu ją i świszcząc poszedł w swoję drogę.
Piérwszy to raz coś go spotkało dobrego, piérwszy raz choć połajawszy i naśmiawszy się, ktoś się przecie nad nim użalił; Janek jako raźne chłopię, nabrał serca i dalejże poświstując sobie, wziąwszy się w boki.
Kościoła nie widać, ale o trzy kroki, stoi w progu drzwi otwartych, dziewczyna! taka be-