Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ha, pomyślał sobie, pójdę daléj to trafię. I znów posunął się powoli ku środkowi miasta. Ledwie uszedł dziesięć kroków, wielkie światło uderzyło go w oczy, budynek jakiś ogromny stał na drodze, ale oświecony jakby kawałek dnia na noc sobie schowali; dwóch jakichś ichmościów stali na koniach i drzwi pilnowali, — w podwórzu pełno było osobliwszych powozów, a co ludzi! co ludu! Janek musiał stanąć żeby się choć trochę przypatrzéć. Niepodobna się było nie zagapić, bo takiego widoku w życiu jeszcze nie spotkał. Najprzód ci ludzie których widział wchodzących, wychodzących, wsiadających i wysiadających z powozów, te panie i dzieci nawet i ci co im usługiwali, i ci co ich wieźli, były to całkiem inne stworzenia, niż te co pod imieniem ludzi nawykł był Janek widziéć na wsi. Co za suknia, pełno złota i purpury! Co za twarze, rzekłbyś malowane, tak świeżuchne, a konie jak lalki... a psy nawet, takie zgrabne i eleganty, wszyscy czupurni, wytworni, uśmiechnięci, weseli, serdeczni i dziwnie piękni. Nawet głosy z ich ust wychodzące miękkie były, słodkie, jak jedwab z ust się ciągnęły pasemkami błyszczą-