Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dopiero obejrzawszy się w około, poznał, że źle zrobił nie słuchając ojca, nie idąc traktem, wdając się w rozmowy niepotrzebne i znajomości podejrzane... Spuścił głowę, łza mu się zakręciła w oku, nietyle po kielni i wadze, co po kamizoli sinéj z żółtemi guzami... ale dzień upływał, złodziéj licho wie gdzie uciekł, Janek wskazaną drożyną szybko się puścił ku miasteczku...
Jakoś choć z sercem uciśnioném, ale z parą groszy pozostałych w kieszeniach i kromką chleba, więc nie całkiem goły, przebił się przez las, na wzgórze, patrzy... gwałt! miasto... jakby uciekło! ledwie widać, tak daleko! Ale krzyż kościoła błyszczy w zachodnim blasku na chmurze wieczornéj... Nie pytając już drogi, popędził biedaczysko, ale bez tłomoka ciężéj mu było niż z nim!
Szedł bez ścieżki i bez drożyny, gdzie oczy niosły, a coraz się ściemniało, a tu rowy, a tu płoty, a tu wzgórza, doliny, krzaki i grzęzawice co chwila wstrzymywały, a czas ubiegał, a noc się zbliżała. Zadyszany, zgryziony, przeklinając dolę swoję, i powoli na barki losu składane głupstwa, które sam porobił, Janek jakoś się dobił do gościńca i począł już bezpieczniéj przy-