Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


a zbyt mało natchnioną. Pełno smaku, nigdziem nie znalazł religijnego namaszczenia. Ośmnasty wiek wiał ze ścian kościelnych, które przerobił.
Błądziłem niezaspokojony, gdy przed kratą kaplicy ś. Kazimierza, ujrzałem w mroku postać jakąś stuloną, zgiętą, złamaną, na wpół na ziemi leżącą. Słychać było wśród téj ciszy uroczystéj, silne uderzenia głową o posadzkę kościelną, bicie dłoni w piersi, i westchnienie i łkanie.
Ja także zatrzymałem się, spoglądając przez wrota na trumienkę Jagiellończyka, męczennika czystości, co duszę niepokalaną chciał zanieść do niebios, i wolał umrzéć niż zniżyć się do objęć namiętności i świata. Miałem go w oczach tego świętego młodzieńca, poetę co zmarł, zostawując po sobie woń lilii uwiędłéj i hymn do Matki Boga! Rozpamiętywanie żywota jego przejęło mnie i wzruszyło, młodością acz zwiędłą i zbrukaną podniosłem się do téj jego młodości świętéj i czystéj, która mu pozostała na wieki... na męczeńskim płaszczu jego z purpury, widziałem droższą szatę białą niewinności, u nóg leżała ziemska korona, na barkach wytryskały skrzydła anielskie...