Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Pamiętam, że pierwszy raz w życiu miałem szczęście oglądać Syrenę, na trzewiku przywiezionym z Warszawy, w głębi którego z tarczą w ręku i mieczem w dłoni, to bojowniczo-kuszące godło stolicy, pół kobiety, pół ryby, nadzwyczaj mi się dziwnem wydało.
Byłem naówczas małem chłopięciem, ale niezmiernie ciekawem znaczenia każdej nowej dla mnie rzeczy, i Syrena ta mocno mię zaintrygowała. Nie mogłem zrozumieć, dla czego się tak przybrała do boju, uzbroiwszy w miecz i tarczę, mając ten głos uroczy i śpiew czarodziejski, od którego stary Ulisses uszy sobie zatykał, aby sile jego nie uledz.
W samej też bajce o Syrenach, którą z powodu tego trzewika studjować musiałem w podręcznej mitologii, nie bardzom sobie zdawał sprawę z tego namiętnego prześladowania biednych majtków, których śpiewem i pokusą morskie owe bóstwa wiodły na śmierć w otchłanie. Młodemu tak trudno pojąć chęć szkodzenia, i uczucia, które nie są miłością, a tchną nienawiścią i zdradą! Dość, że ta Syrena warszawska na długo była dla mnie zagadką, i wiek dopiero późniejszy odkrył mi tajemnicze znaczenie tego mythu, w którego utworzeniu wielki udział mieć musiały kąpiące się u brzegów Sorrentum piękne dziewczęta, z szczęśliwej krainy wielkiej Grecyi. Z pieśnią na ustach, z wień-