Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdym wszedł do salonu upiorem, czarne swe oczy wstrzymała na mnie długo, pytająco z wyrazem litości, a ta oznaka współczucia chwilowa, która ją nic nie kosztowała, omało mi łez nie wycisnęła. I za ten błysk oczów byłem jej wdzięczny. Litość musiała na chwilę wstąpić do jej serca, bo żegnając mnie, wywołała do salonu i szepnęła, że wieczorem nikogo nie będzie, że przyjść mogę, to będziemy sami, zupełnie sami. Jakoż cały dzień skarżyła się na ból głowy, odprawiła Gucia, poetę, jasnowidzącego, Anglika, który za nią szalał, i cały tabor codziennie ją oblegający, a gdy nadeszła godzina mroku, przysłała po mnie Halkę.
Cały rozpromieniony, szczęśliwy, skoczyłem całując jej rękę! Niestety! byłem już tak podły, żem zapomniał sceny w ogrodzie, żem sobie ją wytłumaczył, żem uniewinnił płochość i zdradę, byle być z nią chwilę, byle się łudzić dłużej marzeniem i pić truciznę, którą mi podawała. Czułem, że powinnością moją było zdjąć z niej maskę, alem za tym czynem rozpaczy przewidywał wygnanie, a nie widzieć jej więcej, a nie słyszeć jej głosu, a nie spotkać wzroku, było dla mnie śmiercią!
Halka spojrzała na mnie z litością, westchnęła i odwróciła się szybko, bym łzy nie widział w jej oku: czuła mnie na wieki zgubionym.
Drżący i trzymając się na wodzy wszedłem do przybytku, w którym bóstwo siedziało w półcieniu, jak zawsze, w postawie smętnej, z ręką zwieszoną przez poręcz kanapy, z włosami niedbale spiętemi, w uroczym stroju wieczornym; na ustach jej była jakaś żałość, w wejrzeniu obawa. Widać, że domyślała się, iż muszę więcej wiedzieć niż potrzeba, a próbowała czy śmiałością i pieszczotą przekonać mię nie potrafi, że oczy moje źle widziały, i fałszywie słyszały uszy. Ale ujrzawszy pokornym i znękanym, wnet odzyskała śmiałość, pewność siebie, i przystąpiła do mnie z dobrze odegranem politowaniem.