Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rego długie, cienkie nogi moją chudość przedstawiały. Naprzykrzony ten komar na każdej niemal siedział karcie. Choć ślepy i ufny, zostawałem wśród tych szałów jakby odurzony, i instynktowo niespokojony, czułem niemal obłąkanie umysłu; zrzucony ze szczytów szczęścia w rozpacz i zwątpienie, traciłem głowę i najdziksze roiłem projekta. Zdawało mi się zawsze, że jedno bogactwo wyrwać mnie mogło z tego położenia, z którem oswoić się nie umiałem. Gwałtownie zapragnąłem pieniędzy, przez nie tylko mogło się moje marzenie urzeczywistnić. Chciałem hrabinę porwać, uciec z nią i nie wiem już co za szaleństwa roiłem. Alem na to potrzebował miliona!
Zrazu myślałem grać na bursie, bo mi się zdawało, że wygrać muszę, powinienem koniecznie; potem gdy mnie jakiś zły duch zawiódł przypadkiem do sali gry, nagła myśl postawienia przyszłości na kartę jak błyskawica mnie olśniła: postanowiłem grać!
Nie miałem już spokoju, dopókim jej nie przyprowadził do skutku: potajemnie zmieniłem weksel mój na złoto, rozdzieliłem cały skarb na dziesięć części. Straciwszy kilka dni na przygotowaniu się i badaniu szans gry, usiadłem nareszcie do niej, najpewniejszy, że los sprzyjać mi musi.
Leczyłem się tak homeopatycznie jednym szałem od drugiego, namiętność wszczepiając sobie nową w miejsce tej, która mnie trawiła.
W mojem położeniu, przy gwałtownej potrzebie zapomnienia cierpień, gra za pierwszą próbą musiała stać się gorączkowem pragnieniem.
Pierwszy wieczór dał mi już doznać wszystkich tych wzruszeń, dla których gracze więcej się roznamiętniają, niżeli dla pieniędzy.
Upojenie to było dla mnie nowem: co chwila chwytałem nadzieję, i spadałem na dno przepaści. Ostatecznie wygrałem tyle tylko, żem nazajutrz z nowym pobiegł zapałem do stolika. Ale pierwszy ten wieczór, który mi spalił wargi, i stygmat na czystem dotąd sercu położył, zmienił mnie zupełnie.