Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jąc na nie, surowo zmierzywszy mię wzrokiem, poczęła sama:
— Cóż to jest? — zawołała marszcząc brwi groźnie — dałażem prawo panu ścigać mnie i prześladować? Już od dni kilku widzę z jego wejrzeń, twarzy, ponurości, że cię ta nieszczęsna zazdrość trawi? Mam prawo być obrażoną! Za kogóż mię pan bierzesz? Za jedną z tych kobiet zalotnych, które nie są godne ani wiary ani szacunku? Powiedz mi pan otwarcie. Albercie, nie wierzysz mi?... Miłość, która nie ufa, nie jest miłością.
— Miłość, która nie zazdrości, nie jest nią także — przerwałem, — lecz nie mamże powodów?
— Powodów!!! — zawołała tupiąc nogą — ciekawam?!
I tak dumną, majestatyczną przybrała postawę królowej, żem zmalał i znikł przed nią.
— Czuję — dodała — co mi pan powiesz! Teraz zapewne Gustaw go niepokoi? Dzieciak, który mnie bawi! A! jak ci ludzie są śmieszni.
I żywo przechadzając się, ruszyła ramionami.
— Ale kiedyż — dorzuciła po chwili zniżając głos i zbliżając się do mnie, czulsza i łagodniejsza, choć pewna siebie i nie bez cienia szyderstwa, bo przewidywała, że odejdę znowu oślepły i omamiony — kiedyż się pan pozbędziesz tej śmiesznej zazdrości swojej? Ja się narażam dla ciebie, ja ci poświęcam uczucie obowiązku, ja zdradzam zaufanie męża... a ty! ty mi płacisz niewiarą!
Wyrzekła to głosem tak przejętym, z oczyma tak łzawemi, wyciągając ku mnie rękę, że mi nic nie pozostało, tylko białe, drżące, ucałować paluszki, i paść do nóg, by ją przeprosić.
— Milczałem upokorzony, nie śmiąc się odezwać.
— Cóżem ja winna — mówiła dalej, — że się on kocha we mnie? Bo prawda — dodała zwycięzko, — że się szalenie zakochał!
— A! pani — rzekłem — cóż dziwnego? A nie przyczyniłażeś się do tego sama trochę... troszeczkę?