Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A gdzież — zawołałem mimowolnie z zapałem — ta miłość wielka, święta miłość, którą marzymy w młodości i śpiewają poeci?
— Jest właśnie tylko u poetów, i z bzami wiosennemi rozkwita na chwilę w młodości, by zaraz zwiędnąć, zerwana z łodygi, lub na pniu zczernieć od pierwszego deszczu i rosy. Wy z chwili chcecie robić wieki... a listkiem tym złotym kopuły pozłocić nie można.
Mówił tak długo, a mimo sceptycyzmu uczuciowego, znać było, że nie zagojoną jakąś bolał raną. Jam już milczał, ale słowa jego obijały się o moje uszy nie dochodząc do serca, które biło inaczej: cierpiałem nie mogąc się dać przekonać.
Laury jeszczem dostąpić nie mógł. Zawsze dla mnie zimna w towarzystwie, teraz udawała, że widzieć mnie nie chce; jam się wściekał, gryzł i męczył czekając chwili, czatując tylko, by wylać z siebie całą żółć i gorycz, która mi przejmowała serce. Ale niepodobna było zbliżyć się do niej, bo Gustaw nie odstępował jej prawie chwilę; widocznie szczęśliwa była i tryumfująca.
Dopatrzyłem jednak zręczności, gdy hrabia prawie gwałtem zabrał kuzynka do siebie, i pod pozorem Władka wparłem się niemal siłą do salonu, w którym zastałem ją, z odprawionym lwem drugim, na bardzo żywej rozmowie, zapewne tej samej treści, z jaką ja także przychodziłem.
Stali zbyt blizko siebie, a śliczne jej czarne oczy, były wytężone na lwa, który się w istocie nadto przybliżył, przysunęła się ku mnie.
Kolej przyszła na nieszczęśliwego przyjaciela twojego.
Kuzynek numer drugi wybiegł, ostatniem ją żegnając wejrzeniem; wzrok jej i uśmiech przeprowadziły go do drzwi, lejąc mu balsamy pociechy: czuła, że był rozbrojony.
Ja chciałem właśnie przystąpić z wyrzutami, gdy hrabina domyślając się ich z mojej twarzy, nie czeka-