Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/50

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    dziwieniem niejakiem i stanął u kominka słowa nie mówiąc.
    — Rozmawialiśmy z panem Albertem — rzekła po chwili Laura — o naszym Władku.
    — O Władku! — powtórzył hrabia — no! i cóż tam państwo uradzili dla niego?
    (Jako żywo mowy nawet o nim nie było).
    — Władka powoli, zdaje mi się, trzebaby nieco wziąć w surowsze kluby: do zbytku dajemy mu swobody... Nawyknienie do niej na przyszłość może mu bardzo ciężkie przygotować próby.
    — Tak! próby! — machinalnie wciąż na mnie patrząc i ziewając już powtórzył hrabia. — Jakiegoż zdania jest pan Albert?
    Zagadniony tak wprost zarumieniłem się, nie umiejąc wyrzec słowa; szczęściem hrabina, która nigdy nie traciła przytomności, dodała, widząc mię zmięszanego:
    — Pan Albert nie jest za krępowaniem go: ja utrzymuję przeciwnie.
    — Zawsze przeciwnie! — patrząc w sufit rzekł hrabia, i znowu ziewnął szeroko. Potem zaczął patrzeć na mnie z natężeniem wielkiem, tak, żem się coraz bardziej czując pomięszany, ruszył, by wyjść z pokoju.
    — Jeżeli przeszkadzam rozmowie, — przerwał hrabia, widząc, żem niemy wstawał powoli, — powiedźcie państwo, pójdę.
    — Gdzież znowu! — ruszyła ramionami hrabina, — ale pan Albert tak śmiesznie ciebie się lęka: właśnie mi to mówił!
    — A to istotnie śmiesznie, — odparł hrabia, — doprawdy, mnie się lęka! zabawna rzecz!
    I zbliżył się do mnie z otwartą, szeroką, poczciwą dłonią.
    — Czyż to prawda? kochany panie Albercie?
    Choć o tem mowy wcale nie było, wpędzony w matnią, nie mogłem hrabinie zaprzeczać; uśmiechnąłem się tylko.