Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dziś to wszystko obijało się o jego zdrętwienie, nie czyniąc żadnego wrażenia.
Gdym mu jął opowiadać jakąś miejską historyjkę, świeżo właśnie puszczoną w obieg, do której wchodziła kobieta, nie dał mi jej dokończyć i zawołał wstając żywo z krzesełka,
— Co chcesz? to są Syreny! zawsze Syreny!
— A! — rzekłem w duchu — w tem wszystkiem jest na pewno kobieca sprawa; ale dziwna rzecz, by człowiek co lat czterdzieści opierał się wszelkim pokusom, miał wreszcie tak się dać złamać jednej słabej córce Ewy. Wielce ciekaw historji, nie nalegałem jednak na Wojtka, podano nam herbatę, i zdziwiłem się mocno, gdy mimo widocznej gorączki i stanu chorobliwego, zażądał do niej jamajki. Jako gospodarz nie śmiałem odmówić, a bałem się mu zadość uczynić; spytałem, czy to nie zaszkodzi.
— Jeźli myślisz, że rum zaszkodzi, to każ mi dać wódki — odparł stanowczo.
Wojtek dolał pół szklanki nadpitej herbaty, i po chwili milczenia, gdy mu lica kraśnieć zaczęły, powoli transfigurował się widocznie. Nabrał siły wzbudzonej sztucznie, twarz mu się zarumieniła, oko błysło, głos wzmocnił, wstał i począł się żywo przechadzać.
— Przed tobą — rzekł po chwili długiego dumania — ja nie mam tajemnic; trzeba ci wreszcie wytłómaczyć, zkąd i jak padł ten piorun na mnie, który mnie zabił. Słuchaj więc, nie przerywaj, nie dziwuj się, nie lituj, aż dojdziemy do końca.
Usiedliśmy, kazałem drzwi zamknąć dla wszystkich, a Wojtek tak mówić zaczął:
— Widziałeś mnie przed kilku, kilkunastu miesiącami, młodym, rzeźwym, spokojnym o przyszłość, i tak już ostrzelanym ze światem, żeś nie mógł obawiać się o mnie: nieprawdaż? A jednak patrz, co się stało ze mną! Nie zabiła mnie ani obelga, ani krzywda wyrządzona, ani strata uczuta zbyt gorąco: proste głupstwo własne, wówczas, kiedym powinien był już być życiem