Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja? znowu jakieś szczególne pytanie. — Kocham ciebie, i gdyby mi przyszło życie, gdyby —
— Daj pokój! słyszałam nieraz te przysięgi i zaklęcia. Pięknie one brzmią w twoich ustach i w mojéj duszy, ale któż mnie zapewni, że to wszystko prawda? — Ty możesz przysięgać, a dla tego kochać inną.
— Cóż ci się dziś stało, Maryniu! ciągłe podejrzenia, ja tego prawdziwie pojąć nie mogę.
— A jednak to pojąć tak łatwo, byleby chcieć, czyż nie wiesz jak to okropnie być zdradzoną, jak się tego lękamy?
— A na Boga! dośćże tego, dość! proszę cię, siądź koło mnie. O tak, rączkę mi daj, pozwól ustek! Co za pocałowanie! Czegoż wzdychasz? czego tak drżysz, mój aniele! cóż to usta moje na twojéj twarzy spotkały?
— Łzę! zawołała innym głosem odskakując od niego kobiéta, ty mnie nie kochasz, tyś zdrajca!
— A! czyjże to głos! krzyknął porywając się Karol, i odskoczył do okna załamując ręce z przestrachu. Marjo! to nie Marja! ty jesteś —