Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 92 —

— Powinszujcie mi, gospodarzu.
— A cóż się stało?
— Jestem zaręczony z piękną córką kapitana.
— O! a Antonio?
— Zaręczył się z ideałem jakimś, którego imię tylko dosłyszałem.
— Niepodobna!
— Tak jest.
— »Cosa stupenda! Eccelenza!« Zaręczony! Byćże to może?
I Zanaro udając szczęśliwość wielką, widocznie niezupełnie rad był wiadomości; powieść dla niego jakoś się za prędko i za nagle skończyła. Pojąć nie mógł, jak się obeszło bez intryg, przeszkód, bitew, wykradania, do którego miał dopomagać, i za które spodziewał się, że mu zapłacą, bo plan był już osnuł stosowny.
— »Cosa stupenda!« — powtarzał kwaśno, przemyślając już na prędce, jakby na nowo szyki pomieszać, wodę zamącić i wędkę na ryby zapuścić.
Ale tymczasem wymownem powinszowaniem, w którem gwiazdy, słońce, księżyc, św. Antoni Padewski i Jupiter zarazem, bogowie i anioły mieszali się w najpoufalszym stosunku, odprowadził go aż do drzwi mieszkania, spiesząc wnet z nowiną niepomyślną do żony i córki.
Konrad wszedł, i pobożne chłopię upadło na kolana, aby się przed podróżnym obrazem Częstochowskiej Matki pomodlić.
Był to stary, na blasze złoconej malowany obrazek, z jednej strony Chrystusa na krzyżu, z drugiej Matkę Bozką wystawiający, który nie opuszczał nigdy jego ojca: był z nim w boju na piersiach, zgiął się od kuli, od której go ocalił, a teraz słuchał modlitwy pierwszej narzeczonego, strwożonego szczęściem swojem.
Nie wiedział sam, jak długo trwało to nabożeństwo, gdy kilkakrotne westchnienie, w którem poznał głos Maćka, obudziło go nareszcie.
Wstał raźniej na nogi i obrócił się do chłopaka, który za progiem pokoju przechadzał się z założonemi na piersiach rękoma, widocznie smutny i jakby na kogoś oczekując. Zaledwie ujrzał swego pana wolnym, począł odchrząkiwać, dając znać, że ma coś do powiedzenia.
— No, a co ci tam Maćku? zawsze tak źle w tej Wenecji?
— I czegożby miało być źle? — odparł Węgrzynek — ono to dobrze, ale człek sobie różnie myśli.
— O czemże, Maćku?
— A czemżeby jaśnie panie, gdyby nie o swej biedzie?
— No! o jakiejże?