Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 90 —

Antonio uśmiechał się szydersko, mrugał ku ciotce.
— Czy ręczycie?
Zrozumiawszy o co idzie, stara dała głową znak potakujący.
— No, więc dobrze, — podchwycił Sabrone — wypijemy zdrowie narzeczonej mojej pięknej Julji... ale... zarazem twego narzeczonego, kuzynko Cazito, aby krzywdy nie było? hę?
— Wiecie, że ja go niemam.
— A! i ja przed chwilą narzeczonej nie miałem, a znalazłem przecię i nie cofnę słowa; poszukajcie i wy też narzeczonego, aby się nie wstydzić.
Cazita zapłonęła jak granat na to zuchwałe wyzwanie; obrażona była, ale spuściła oczy czarne, w których kręciła się łza, i milczała.
Wtem Konrad wstał, wziął za rękę kapitana Zenona i rzekł głośno:
— Kapitanie, signorino Cazita, przyjmujecie mnie za narzeczonego?
Cichość jakby anioł przeleciał, panowała chwilę. Cazita oczy podniosła łzawe na Konrada. Zeno był smutny, ale ściskał dłoń jego i nie przeciwił się... Konradowi głos zadrżał; czuł, że stawił w tej chwili los całego życia na głowę dziewczęcia, ale zarazem, że to było nieuchronnem.
Cazita milczała jeszcze, Konrad przyklęknął.
— Przyjmujecie mnie?
Podała mu rękę patrząc na ojca... Zeno milcząco także głowę pochylił.
— Kuzynie Sabrone, pijże zdrowie narzeczonego Cazity! — zawołał Konrad.
— I niech Bóg błogosławi! niech Bóg błogosławi! — odezwał się głos od progu, w którym niespodzianie pokazał się stary Kapucyn. Ale dajcież i mnie kielicha, — dodał wesoło.
To niespodziewane oświadczenie, przyjęcie, błogosławieństwo nawet przybywające tak w porę, wszystkich jakoś przestraszyło. Stało się to nie wiedzieć, jakim sposobem, i przed chwilą nikt o tem nie myślał, niktby tego nie przypuszczał.
Konrad dziwił się swej odwadze, Cazita swojej śmiałości, ojciec wewnętrznemu głosowi, który mu podyktował zgodę, Antonio sam nie pojmował, jak tego dokazał, i chmurny był z tej zemsty, którą szczęście dwojga ludzi zapewnił. Ciotka stała osłupiała, a ryba stygła.
Kapucyn jeden wychyliwszy kielich, pobłogosławiwszy narzeczonych, nie tracił czasu i wziął się do ryby.
Nikomu się też jeść już nie chciało.
Konrad drżąc, zdjął kosztowny pierścień matki z palca, i zbliżył się do zapłonionego dziewczęcia.