Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 82 —

— Piękny list jest czasem wybornym posłem i doskonałym w sprawach serca pośrednikiem, ale... oczy mówią lepiej jeszcze... Sabrone może o tej wyprawie nie wiedzieć.
— Zdaje mi się, że o niej wie.
— Delikatna materja? — spytał Zanaro — co mówi serce?
— Iść, bądź co bądź!... — zawołał Konrad. Toż samo mówi mi szabla u boku, a tem szlachetnem żelazem, kochany panie Zanaro, mogę ściąć najmocniej na karku siedzącą głowę... Dało ono tego dowody, i dłoń, co je trzyma, także.
Zanaro kwaśno na szablicę brzęczącą w pochwach szerokich popatrzał.
— A znacie wy prawa nasze? — zapytał.
— Nie dobędę szabli nieprzymuszony do tego, ale jej nie schowam suchej. Pijaczka jest, i lubi krew ludzką.
— Smutne przypuszczenia, niedorzeczne, rzekłbym... — odezwał się Zanaro — gdybyś nie wasza ekscellencja występował z niemi. Do tego nie przyjdzie. Na rybę pojedziesz wasza wielmożność i ości nie połkniesz, spodziewam się. Znam Sabronego, wiem gdzie staje, gdy do miasta przypływa, uprzedzę go, lub zatrzymam.
— Nie, powiedz mu pan tylko, — dodał Konrad — że krzywdy jego krewnej ani myślą, ani wejrzeniem nie uczynię, a sobie też wyrządzić jej nie dam. Odstręczać jej od niego nie chcę, niech lepiej płynie ze mną. Poszlejcie po niego.
Zanaro spojrzał na szlachetnego młodzieńca, skłonił się i wyszedł powoli.
W pół godziny wszedł, wiodąc z sobą owego przystojnego nieznajomego, co się jako Sabrone na placu św. Marka Konradowi przedstawił.
Lippi podał mu rękę, którą tamten przyjąć i ścisnąć z razu się wzdragał.
— Signor Sabrone, — rzekł — jestem zaproszony na Lido; nie chcąc być niegrzecznym, popłynę, ale proszę was na świadka rozmowy i współzawodnika. Jedźmy razem.
Włoch był pochmurny.
— Po co? — zawołał — nowi ludzie w oczach kobiet zawsze są lepsi od starych... Nie chcąc nawet, bałamucić ją będziecie.
— Za jakże płochą ją macie!!
— Macie słuszność, winienem, jedźmy! — odparł żywo Sabrone; służę wam...
Nie mówiąc do siebie słowa, siedli razem do gondoli. Dzień był wietrzny, woda nawet w zacisznym kanale dąsała się i rzu-