Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 68 —

— Zwarjował, — rzekł poważnie, z politowaniem Konrad, przystępując do niego — zwarjował, albo się upił.
— Nie, proszę jegomości, — odparł smutnie Maciek — jeśli to warjacja, to nie wiem, ino mi się nie zdaje... ale co wina tom nie tykał!
— Gdzież? co? jak?
Maciek począł na nowo.
— Co ja tu z tobą będę bałakał! — zawołał Konrad, biorąc kołpak — trafisz do szewca?
— A jakby nie — porwał się chłopak — choć po nocy.
— Prowadź! — rzekł krótko Lipiński.
Nie tracąc chwili, wyszli z gospody. Węgrzynek biegł przodem, oglądając się na pana. Minęli wieżę i bramę, weszli do Mercerji, ale tu już trochę zmierzchało. Gdzie niegdzie błyszczały lampki pozapalane pod obrazami Madonn. Maciek z daleka poznał na schodkach siedzącego swego szewca, a po za nim o stopień wyżej przecudowną czarnobrewą Marjettę.
— Otóż i on, i królewna neapolitańska! — krzyknął do pana.
Ale zaledwie ją mógł dojrzeć Konrad, szewc, który chłopaka poznał, skinął na córkę, aby uszła, i dziewczę musiało się skryć w głąb domowstwa, przez szparę tylko posyłając ku przybyszom wzrok ciekawy.
— Panie majstrze! — krzyknął Maciek — oto i mój pan.
Szewc wstał, zdejmując czapeczkę.
— Przyszedłem wam sam podziękować za to, żeście mi chłopca nie dali stłuc na miazgę — alem z razu całej historji mało wiary dawał.
Jakób skinął, aby weszli. Niespodzianie przystąpiwszy do drzwi, zetknął się z ciekawą Marjettą, która do drugich uciekła. Tymczasem goście weszli do sklepiku, gdzie już lampka tlała przed N. Panną i Ś. Antonim. Tu dopiero gdy za sobą zamknął od ulicy, do kolan się schylił pan Jakób przybyłemu, a czule i z serca. Od wielu lat stroju i twarzy swojej nie widział, nie słyszał mowy, naraz odzywało się w jego duszy co dawno miał za umarłe, i łzy mu powoli ciekły z powiek, ale ich za okularami nie było szczęściem widać. Starł fartuchem stołek i posadził na nim pana Konrada... Głosu mu brakło z razu na powitanie.
— Bóg wam zapłać, — rzekł wreszcie — że ubogą dziurę moją chcieliście nawiedzić. Chłopiec nie skłamał, Polak jestem, ino dawno ze swojej się ziemi wyszło, a długo po obcych włóczyło, dużo biedy najadło i biedzie jeść dało, aż tu wiatr przypędził na tę smrodliwą uliczkę, na stare lata; ale to mój dobrodzieju swoja już chata, po nieboszczce żonie, po której mi ino ten muru kawałek i córka została...