Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 66 —

— Co pan dasz, — spytała Magdzia powracającego — jeśli zgadnę gdzie byłeś?
— Niewielka sztuka, — odparł Konrad — gondolę widać z daleka, a panienka jesteś tyle grzeczną, że rozumiesz, iż będąc winien wizytę, oddać ją musiałem.
— »Poverino«! — litując się rzekła Magdusia — biedaczek! musiał! prawda! Jak spełnienie tej powinności drogo kosztowało! nieprawdaż?
I poczęła się śmiać.
— Za co mi dokuczasz? — spytał Konrad w dobrym humorze — ojcu się poskarzę.
— Znać, żeś nie Wenecjanin, — dodało dziewczę figlarnie — bobyś nie skarząc się nikomu, czternastoletniej dziewczynie dał naukę, ale teraz to już z tego nic nie będzie, bo ucieknę...
Uśmiechnęła się, wyciągając szyjkę ku niemu, i już jej nie było.
— Nie winszuję temu, kto na jej białe ząbki wpadnie! rzekł do siebie Konrad.
Ale wtem zobaczył stojącego na pokucie Maćka, posmutniałego widocznie, i spytał go po polsku, lekko zakręciwszy za ucho:
— Cóż ci chłopcze? czyś chory?
— A! gdybyć chory! proszę pana, toby to jeszcze nic, — rzekł Maciek — człekby się wódki z pieprzem napił albo co, toby i przeszło; ale to w tem mieścisku, to człek z rozumu zejdzie.
— No! co ci tam nowego?
— A cóż proszę jaśnie pana, tać to i ja miałem już awanturę!
— Ty? awanturę?
— Jużci się przed jaśnie panem taić nie będę; jeszcze mi się we łbie kręci.
— Całyś wyszedł? — spytał troskliwie Konrad.
— E! no, jeszczeć mi nic, tylko po głowie świdruje.
— Gadajże co to było?
Maciek wziął klucze, i prowadząc pana do mieszkania tak począł:
— Jak jegomość poszli na obiad, przyznaję się, że mnie skorciało troszkę sobie wyjść na powietrze, zwłaszcza, że pod oknami drab baba w bęben biła, a jak żyw nie widziałem takiej okrutnej kobiety i jeszcze z bębeniskiem; tak ja myślę sobie: wyjdę ino na próg. Ale nimem się z tych przeklętych schodów stoczył, już nie było kobiety ani bębna. Nudno mi się zrobiło, myślę sobie: pójdę przed św. Marka, Zdrowaśkę zmówię, co mi ma być? Ta i poszło się... Popatrzałem na kościelisko, straszecznie bestja piękna, ino nie rozumiem dla czego na nim świnię namalowali, otoczywszy złotem?...
Konrad się począł śmiać.