Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 62 —

— Muszę się też ująć za płcią moją, odezwał się Konrad. Nie wiem jak tu w Wenecji się dzieje, ale u nas w Polsce myśmy dobrymi mężami i stałymi wielbicielami. Nie słychać u nas tych skarg i żalów na mężczyzn, więcej może na rodzaj niewieści.
— Oto słowo w słowo jak wszędzie — rzekła Anunziata. Kobiety na mężczyzn, mężczyźni narzekają na niewiasty, a słabsze my, zawsześmy pokrzywdzone.
Konrad się uśmiechnął. W czasie, gdy ciocia sobie gderała, oczy młodych, niepamiętne przestróg siwizny, grały scenę z odwiecznego miłości dramatu, prolog ów czarowny poznania, cichą rozmowę pierwszą bez słów a tak wyraźną. To ona, to on, spuszczali źrenice; to ona wybiegła niemi gdzieś w dal, udając obojętność, to on patrzał w stronę, nie chcąc być natrętnym, a potem powoli wracali do siebie, i usta się uśmiechały, i wejrzenia badały, i sprzeczały znowu, i godziły drżące a bojaźliwe.
— Wyście mnie obdarzyli kosztownym i pięknym upominkiem z waszego kraju, — odparło dziewczę — ja nie mogę zostać dłużną, i choć ubogim datkiem muszę się wam wypłacić. Mam i ja — rzekła — różaniec dla was, ale skromny, z konch naszych morskich, ubogi.
Wszak macie siostrę? — dodała rumieniąc się.
— Tylko jedną siostrę, — rzekł Konrad, — jakby zrozumiał pytania znaczenie, — tylko siostrę jedną, ani matki, ani z kobiet nikogo; ale my Polacy mamy zwyczaj i mężczyźni modlić się na koronkach.
Ciocia Anunziata milczała. Cazita dobyła swój różaniec z morskich muszelek drobnych, i zawstydzona podała go Konradowi, który pochwycił jej rączkę, i mimo, że mu się wyrywała trochę, ucałował ją usty gorącemi. Pocałunek ten pełny poszanowania, był zarazem tak pełen ognia, iż dziewczę siąść musiało, tak się nim poruszonem czuło. Cała jej twarz oblała się rumieńcem, ale oczy były wesołe, choć nie tak już śmiałe jak przed chwilą.
Szczęściem wśród tej chwili zakłopotania, głos powracającego z narady Bractwa Św. Rocha kapitana Zenona dał się słyszeć na schodkach. Rozradowane dziewczę podbiegło naprzeciw niemu.
— Ojcze! ojcze! — zawołała — mamy gościa.
— Już wiem — rzekł kapitan.
— Jakim sposobem?
— Na drodze spotkałem Zanara, a Zanaro wie o wszystkiem, nawet dokąd płynie gondola jego gości, choć nikomu o sobie nie mówi... Witam was, — rzekł, wstępując na próg, — witam! ale ciocia Anunziata nie dopisze nam z rybą dzisiaj.