Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 43 —

izdebki, chodził długo, nareszcie, jakby przypomniawszy sobie coś, zbliżył się do Konrada i podał mu rękę.
— Otóż i nasza wspólna ojczyzna, — rzekł wskazując na miasto, — mamy się nią prawo pochlubić: wydarliśmy ją morzu i uczynili panią jego, a podziwem świata. Zabawicie tu pewnie, nie zapomnijcie i o domu kapitana Zenona. Każdy gondoler tę starą kamieniczkę naszą łatwo wam pokaże. Będziemy wam z serca radzi! Ciotka Anunziata obiecuje dla was zgotować rybę taką, jakiej drugi raz w życiu jeść nie będziecie!
Mówił, a Cazita z daleka oczyma mu dała do zrozumienia, że należała do spisku, że wiedziała, o co proszono. Konrad skłonił się, szczęśliwy bardzo, ona go pożegnała uśmiechem i niedostrzeżonem skinieniem głowy... a tuż, tuż, i zamęt wylądawania się rozpoczynał.
— Gondola! signori! gondola! — krzyczeli w czerwonych czapkach przypływający przewoźnicy.
Czarne łódki, podobne do jaskółek z lotu i kształtu smukłego, okrążały statek. Zrzucano pakunki, spuszczali się pilniejsi po schodkach i linach. Przed podróżnymi roztaczała się w całej swej wspaniałości słońcem ozłocona Wenecja, naówczas jeszcze pani Adryatyku, choć już podupadająca, pałac Dożów, Salute, Kanał Wielki, pałace, wieżyce, kopuły, kościoły... I krzyki ludu dochodziły od Riva dei Schiavoni aż tutaj. Roiło się przy Piazecie.
Nasi podróżni z podziwu nad tym cudem prawie o sobie zapomnieli; węgrzynek odmawiał »Pod Twoją obronę«, gdyż zdało mu się, że pierwszej nocy, pierwszej burzy, całe miasto morskie wody pochłonąć muszą.
— Co dziw, to dziw! — szemrał w duchu, — ale wolałbym ta siedzieć doma... nie najadłbym się tyla strachu! Ano pełniusieńko ludzi, ta i co robić... może się to zbędziemy strachem, ale doma było siła bezpieczniej...
Pan Konrad miał sobie wskazaną »antica locanda« na wybrzeżu; zwała się ona »Croce di Malta«, ale nie ta była co dzisiaj.
Gospody też ówczesne w ogóle do teraźniejszych nie były podobne; sztuka przyjmowania i odzierania podróżnych empiryrycznie, instynktowo się wykonywała, i nie miała jeszcze tych form pewnych, systematycznych, jakie przybrała dzisiaj. Dawne »locandy« i »osterie« były to jeszcze niby domy gościnne, a nie najemnicze zajazdy. To też zaledwie się nastręczył podróżny, gospodarz zaraz starał się go poznać, ocenić, wymiarkować, i wchodził z nim w poufały stosunek, a był zwykle pokorny, zapobiegliwy, przyjacielski, serdeczny i niezmiernie usłużny. Słynęli oberżyści z bystrości umysłu niepospolitej, zwłaszcza