Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 37 —

— A dalej, proszę łaski panicza, — odparł Maciek zmieszany — dalej to już ja nic nie wiem. Tylko mi jej strach... Myślę sobie, żeby szatan chciał człowieka spokusić na złe, to już by chyba inaczej się nie sprezentował.
Panicz rozśmiał się i westchnął: chłopak słowy innemi, wyrazistszemi malował wiernie te wrażenia, jakich na sobie Konrad doznawał. I on był bezsenny, wzruszony, a myślał bez ustanku o tych oczkach czarnych, i słyszał śmieszek jej srebrny, i kręciła mu się po pokładzie cała błyszcząca, iskrząca, jak kiedy ją widział we dnie.
— Maćku mój, — odezwał się wreszcie Konrad — przeżegnaj się, to cię mary odlecą, a śpij dobrze, bo jutro już dopłyniemy do miasta, z krórego dalej przyjdzie żaglować do Ziemi Świętej... A będzie przy wyborze siła roboty i na wodzie niestatecznej kłopotu nie mało; bo nie każdy dzień i nie każda noc tak spokojne i pogodne wypadną jak dzisiejsze.
Maciek posłuchał, przeżegnał się i legł, ale panicz nie zasnął. Próżno się przewracał z boku na bok, dobierał miejsca na kobiercu, — oczy się już kleić nie chciały. Trzymała je też otwartemi i ciekawość; pierwszy raz był na morzu, a ta noc powitania trafiła mu się zachwycająca.
Cicho podniósł się księżyc coraz stygnąc i jakby bledniejąc, bo z drugiej strony, za łańcuchem gór w prawo, już się powoli pierwsze brzaski dnia wiosennego marzyły, i widniało coraz, i morze dalekie, zrazu zamglone rozjaśniało się, a po niem jak stado łabędzi niezliczone łodzie rybackie ze swemi żaglami białemi, szaremi, w pasy czerwone snuły się jak w pół uśpione. Statek je wymijał co chwila, ludzie się pozdrawiali lekkim okrzykiem tylko, i płynęli dalej.
Dzień coraz już szybciej nadchodził, szerzej roztaczały się odblaski jeszcze niewidomego słońca, aż z łoża purpur i złota w jednej chwili wystrzelił brzeżek tarczy, rósł, a po falach przebiegło jakby drżenie, jakby muzyka promieni grająca świetnemi dla oka jakby barwami, hymn blasków dziennych. Na horyzoncie księżyc zawstydzony, jak biała został plamka, ale wszystek świat za to jaśniał, rozwidniał; góry poczęły się rysować ostrzej, wody zieleniej wyglądały, piana była srebrzysta, po szafirze niebios migało, zwijając się, białe ptactwo morskie... I łodzie, których przody zdobiły wizerunki świętych, przestały widma udawać, przyznały się do drewnianych osmolonych boków, konopnych sznurów i wilgotnych sieci, któremi były poobwieszane.
Wszyscy jeszcze spali twardym snem poranku. Konrad zachwycony modlił się w duszy; błogo mu było... on jeden schwytał oczyma tę tajemniczą chwilę uroczystą stworzenia, mówiącą wyraźnie o Bogu do serca człowieczego; zdało mu się,