Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 27 —

— Choćbvm najcudniejsze widział, odparł grzecznie Polak — Pierwszej Wenecjanki widzianej w życiu do śmierci nie zapomnę.
Cazita bardzo była zaczerwieniona i zakłopotana, bawiła się frendzlą swojego płaszczyka, z pod długich rzęs kilka razy rzuciła nań oczyma czarnemi, uśmiechnęła się dziękując, ale ojciec ją odciągał, i sama czuła się dziwnie zmieszaną, pożegnała go więc lekkim ukłonem... Ale żegnając, zdrajczyni jeszcze raz wpoiła w niego wejrzenie, a co mu niem powiedziała nieopatrzna, O tem prócz Konrada nikt, nawet kapitan nie wiedział.
Zrozumiał tę mowę biedny młodzieniec, bo się nią upił od razu; potarł ręką po czole, jakby chciał oprzytomnieć; a gdy znowu tęskne oczy podniósł ku niej, kapitan i jego córka znikli.
Szmer tylko jej sukni posłyszał za sobą i dźwięczny, cichy uśmieszek dziewczęcia.
Wtem węgrzynek za płaszcz go pociągnął.
— A! panie! panie! — zawołał — jeszczem też jakem żyw podobnej kobiety nie widział. Żeby człowiek umiał, toby ją sobie namalował, aby się na nią nieustannie patrzeć.
Konrad uśmiechnął się tylko.
Statek gnany wiatrem pomyślnym, wydąwszy szare żagle, ślizgał się po falach morza, jakby igrając z niemi; słońce złociło zielone wód bałwany, obwieszając je strzępkami złotemi... W oddaleniu, to płaskie, to najeżone górami jakby z chmur tkanemi siniały wybrzeża, malując barwami powietrznemi... Widok był zachwycający.
Na statku panowała cisza, ledwie przerywana rzucanemi niekiedy rozkazami kapitana i wykrzykami majtków.
Cazita znikła była, wsunęła się do namiotu kobiet tureckich i bawiła się temi spowitemi w białe obsłony mumiami, usiłując z ust ich zakfefionych dobyć jakie słówko. Znudzone Turczynki, równie ciekawe a rade jej, uśmiechały się, przypatrując się dziecku, które brały za jakąś almę. Dwaj Turcy z za dymu fajek poglądali ku namiotowi, z pod którego opony maleńkie nóżki Cazity w pantofelkach żółtych migały się dziwną pokusą. Obaj cmokali ustami i głowami kiwali ku sobie znacząco. Z namiotu szalone śmiechy słychać tylko było.
W tej chwili z pod pokładu, od schodków wiodących do izby kapitana, ukazała się niespokojna głowa kobiety, która w innym rodzaju, ale nie mniejsze mogła uczynić wrażenie nad pierwsze zjawisko.
Głowa ta, której oczy zdawały się czegoś szukać po pokładzie, należała widocznie do podżyłej niewiasty, która może niegdyś była piękną, ale teraz stała się poprostu okropną.