Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 12 —

kiejś pracy pomyśli. Czemś się trzeba zająć... w słowach pociechy mało, ale w robocie lekarstwo jedyne. Gdybyś pan choćby wyżła służyć uczył, jużby lepiej, niż tak siedzieć i stękać... Pan wiesz jak to stary nasz jegomość mawiał, że na żelezie, co leży w kącie, rdza w końcu porosnąć musi, a stary nóż nieustannie w robocie, to też się i świeci...
Rozśmiał się pan Konrad.
— Dajże mi robotę, mój stary nożu... rzekł z uśmiechem.
— Jak ja ją dam — odparł Pukało — to się ona, dalifur, na nic nie zda. Dla człowieka praca tylko ta dobra i zdrowa, którą on sobie sam znajdzie i wyjmuje ją z pod serca.
Ale młody już i nie słuchał — chodził a wzdychał.
Przesiedział tak w tej pustce miesiąć, trochę zapolował, nieco czytał, wieczorami czasem o gospodarstwo pytał, niekiedy konno się przejechał, to na ganku siedząc poświstał, żeby przechadzającemu się po dziedzińcu Pukale dać wyobrażenie o swej wesołości, ale mu był z twarzy widny taki ucisk serdeczny, że się staremu aż żal młodzieńca schnącego tak marnie robiło.
Już późną jesienią, coraz chmurniejąc, rzadziej z domu wyglądając i wychodząc, pan Konrad zachorzał; a była to choroba, której i nazwać trudno, i leczyć niepodobna. Nie bolało go nic, nie umiał powiedzieć co mu jest, a wychudł, zmizerniał, zbladł tak, że widocznie każdego dnia życia z niego ubywało. Ani ochoty do jadła, ani do snu chęci, ani do zabawy popędu; siedział w oknie, wzrok miał wlepiony gdzieś, bodaj w ścianę, a gdy się kto do niego odezwał, porywał się nagle przestraszony, jakby go ze snu przebudzono. Na twarzy skóra poprzysychała do kości, oczy mu błyszczały jakoś szklisto, a bez życia...
Pukale aż na płacz się zbierało. Wspomniał coś o doktorze, ale się Konrad nań ofuknął, dowodząc, że jest zupełnie zdrów i wcale się chorym nie czuje.
Trzeba było fortelu zażyć: namówili się więc z Murzynowską, która stękając położyła się w łóżko, a folwarczne konie posłano po doktora do miasteczka, niby dla niej. Obrachował się tak Pukało, aby doktór być musiał na obiedzie we dworze i panicza widział; umówił się też z nim wprzódy o co chodziło. Nie było wówczas u nas prawie innych doktorów nad Niemców; ten też rodem z nad Renu zwał się Werner, i mało co, ale bardzo źle mówił po polsku, a mniej jeszcze życia naszego rozumiał. Doktór to był dobry, ale tej szkoły, która w człowieku widziała tylko mięso i leczyła mięso — sprawy ducha były dla niego wcale niezrozumiałe.