Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 143 —

— Otóż panowie, jak się to wystrzegać potrzeba, dni feralnych, filtrów bab starych i ludzi napiętnowanych, nieszczęście z sobą niosących.
— Gdyby to ich poznać można!... — rzekł ktoś w tłumie.
— Można! — dokończył Zanaro — są na to pewne znaki... Beroni nauczył mnie ich wiele. Już gdy kto niespokojny kręci się po obczyźnie i żony sobie w cudzem gnieździe szuka, prazumpcja wielka, że naznaczony jest ową fatalnością, która rodzi niepokój i w miejscu usiedzieć nie daje...
— A wszystko to bałamuctwa! — zawołał w tej chwili Kapucyn, — tylko ja wiem prawdziwą przyczynę tych wszystkich nieszczęść Polaka i jego chłopca, i tych, których oni pociągnęli za sobą... Płynąłem z nimi na statku Padre Antonio, kiedy raz pierwszy do Wenecji przybywali.
— Słuchajcie! — przerwał Zanaro.
— Otóż, oświadczył mi się Polak naówczas, że miał zamiar, a może był nawet ślub uczynił, odwiedzić Grób Pański i pielęgnować do Ziemi Świętej. Zastraszyli go naówczas wszyscy morem, i ślubu nie dopełnił ani zaraz, ani później; stąd wszystko owo złe spłynęło.
— Ma słuszność! — zawołał Zanaro, całując znowu w rękaw zakonnika — tak jest, i to się także przyczyniło! Pamiętam, że i przedemną się w początkach zwierzał z tym zamiarem... Ecco!... Ale jedno drugiego nie osłabia...
W tej chwili przerwał, spostrzeżono bowiem przechodzącego niedaleko starego Naniego. Zanaro tak był rozgorączkowany, że musiał go zaczepić.
— E! e! — zawołał — dzień dobry, ojcze Nani, dzień dobry!
Szewc, który szedł z głową spuszczoną i okularami, spadającemi na koniec nosa, odwrócił się, ruszając ramionami.
— Kto mnie śmie ojcem nazywać? — spytał — czy to ty stary wole kramny... hę?
— Źle! — rzekł Zanaro — źle koło niego... Patrzcie, jak się wyraził nieobyczajnie!
— Ojcem nie jestem — dodał Nani — bo się córka mnie wyrzekła, a zięć we krwi umyty, uszedł... Włóczęgą jestem i żebrakiem.
— Biedaczysko! — szeptali przytomni.
— Ale co komu do tego? dlaczego mnie prześladujecie? — gwałtownie począł, obracając się do Zanara — czyś to ty lepszy? a twoja córka? tatku?
— Ostry jest — szepnął Zanaro.
Niektórzy się uśmiechali...
— Ej! Zanaro! Zanaro, gran ladrone! — dodał — gdyby była sprawiedliwość na świecie, czybyś ty dawno wisieć nie powinien?