Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 134 —

— Zaraz — odparła Cazita.
— Zaraz... nie... niepodobna... naciesz się ojcem — zawołał Konrad — ja poczekam.
Trochę też od tej chwili poweselał; mówili z Maćkiem o wyborze w drogę, o podróży, o powrocie i jak tam w domu zastaną.
— To jakbym widział, proszę jegomości, — rzekł Maciek. Dalifur wyleci z łysą głową bez czapki, ręce do góry podniesie i upłacze się... Murzynowska w szafranowej chustynce... Stefanek boso... z praczkami, z folwarku, co żyje, powylatuje. »Pan! pan! pan nasz!« A tu i ksiądz proboszcz z plebani zdyszany leci... i po wsi rozchodzi się wieść o przybyciu... wszędy, radość wesele... Nazajutrz wójt ze starszymi powinszować powrotu! A jezioro nasze szumi sobie: pan powrócił! drzewa szemrzą: pan... bociany krzyczą: pan... sroka śmieje się na płocie: cha! cha! cha! cha! Tylko stary indyk napyrzony, nie rozumiejąc wrzawy, nadyma się i skrzydłami sunie po piasku bełkocząc... a ja go po czerwonym nosie: »Masz trutniu!«
Maciek się tak zapędził, że już nawet do niewidzialnego indora poskoczył, ale wprędce odpadła go fantazja. Pan śmiejąc się zakaszlał mocno, musiał na ławce przysiąść; pełną krwi chustę odjął od ust. Krew zaraz potem rzuciła się raz drugi. Powlókł się do łóżka... Cazita siadła przy nim; zdawał się jej nie widzieć... Maćkowi kazał obrazek N. Panny z konfederackim ryngrafem i szablą powiesić sobie naprzeciw, oczy w nie wlepił i tak leżał... a kiedy-niekiedy łzy mu poszły z powiek, to ocierając je, wąsa sobie niby pokręcił.
Cazita nie odstępowała go na chwilę... całował jej ręce, przyciskał do piersi, pocieszał.
— To nic, to nic — mówił — to z powietrza mi przyszło, ale po wypoczynku przeminie. Nie frasujcie się... bądź wesoła, popłyń z ojcem na przejażdżkę, to cię rozerwie.
Tegoż wieczoru w istocie Zeno zabrawszy córkę i Anunziatę, a sądząc, że Konradowi spokój był potrzebny, wybrał się z niemi na Murano do dawnych znajomych. Ledwie odpłynęła gondola, Konrad wyjrzawszy oknem, zawołał na Maćka żywo.
— Słuchaj chłopcze, słuchaj! a spraw-no mi się dobrze. Płyń mi zaraz do klasztoru Frari, spytaj o Padre Serafino, a proś odemnie, aby tu przybył, bo się z nim... — dodał ciszej — potrzebuję rozmówić.
Maciek spojrzał panu w oczy niespokojny, ale przywykł mu być posłusznym, pochwycił łódkę i popłynął.