Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 126 —

stra, aby tam języka dostać o Marjecie... ale słychu nawet o niej nie było. Dawny kochanek Vittorini mieszkał w Wenecji, prowadził życie wesołe i płoche; zdawał się wcale o nią nie troszczyć. Pilne śledzenie około pałacu do żadnego nie prowadziło odkrycia.
I Nani też, który się był do chłopca przywiązał, przybywał czasem na Lido, gdy go przez dni kilka nie widział, aby się o nim dowiedzieć. Naówczas kupka tych ludzi razem wyszedłszy na ustroń, przegawędziła często godzin kilka nie wiedzieć o czem, ale zawsze o czemś swojem.
Dziwne to były rozmowy, zawsze prawie jedne, wiecznie się powtarzające, a przecięż tak skuteczne, że na zbladłe twarze i zamilkłe usta wyprowadzały trochę rumieńca i żywe wyrazy. Maciek rozpytywał, Konrad odpowiadał, a Nani, jeśli był przytomny, słuchał gwaru i niekiedy słówko swoje ze starszej przeszłości dorzucił. I parę godzin czasami spłynęło tak w słodkiem zapomnieniu teraźniejszości.
— Mój jegomościuniu — rzekł jednego dnia Maciek do chodzącego po wybrzeżu Konrada — mój jegomościuniu proszę ja pana, jeśli mnie spytać wolno, co my dalej robić będziemy?... Nie już tak życie całe dreptać po tym piasku i stękać?... a czego my się tu lepszego doczekamy?
Konrad spojrzał na niego i ramionami ruszył.
— Czegożbyś ty chciał? — spytał.
— Otóż to, proszę jegomości, że ja sam nie wiem, czegoby tu chcieć, żeby człowiekowi było lepiej. Pojechać precz z Wenecji, to się człowiek znowuż po tej djablicy zatęskni... a nuż ją kiedy sumienie ruszy, albo bieda przypędzi!...
— A gdyby? cóż? ożeniłbyś się? rzekł Konrad.
Maciek po głowie się skubnął, ramionami ściskając.
— Bogać to kto wie coby zrobił! jakby mi zapłakała, toby człek za nią w studnię skoczył!
Konrad się uśmiechnął tylko.
Pochlebca Maciek zaraz inaczej pokierował rozmowę na tryb swój zwykły.
— E! proszę jegomości, która to teraz godzina?
— Dobrze z południa... za parę godzin to się ku zachodowi będzie miało.
— A tak, prawda, — rzekł Maciek — a dziś mamy jak obszył sobotę, to już jakbym widział co u nas w Robninie się dzieje. Ja myślę, że tam około siana musi być rozgardjas wielki, żeby je kiedy nie w stogi, to w kopice pościągać wszystkie, uchowaj Boże w niedzielę deszczu. Pukało krzyczy a lata...