Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 113 —

Cazita była w zachwyceniu, Konrad milczący, kapitan Seboni latał, klął i nie żałował ani pięści, ani sznurów, ani też własnej pracy... Łódź unosiła się szybko, trzymana w oddaleniu od niebezpiecznych brzegów.
Cały dzień trwał ten bój z uporczywą burzą, ku wieczorowi znużone fale nieco opadły, niebo poorało się długiemi pasy chmur układających się do spoczynku; płynąć już było można nocą bezpieczniej. Zapalono lampę przed obrazkiem św. Teodora, kto jak mógł owinąwszy się położył.
Nazajutrz ranek był mglisty, powietrze parne, nic dokoła nie było widać prócz wyziewów jakichś gęstych bujających niby z kotła z rozgotowanego morza. Fale kołysały się szerokiemi płatami jak niezmierne opony zielone i szafirowe.
Już nad wieczorem o pomarańczowym słońca zachodzie, w blaskach ostrych kończącego się dnia, ujrzeli Wenecję... Lido.
Cazita rozpłakała się z radości, ale łódź płynęła powoli, wiatr był nierówny, targany, rwał z różnych stron, żaglów całych rozpiąć nie było podobna.
Ława piasku i strzelające nad nią wieżyce rosły powoli. Była noc, gdy naostatek dobili się do portu. Potrzeba było doczekać ranka, aby się na ląd wydostać.
Cazita wpatrując się w światełka nadbrzeżne, całą tę noc nie zmrużyła oka. Nareszcie ukazała się gondola, zrzucono pakunki, popłynęli milczący wprost na Lido. Już ona mówić nawet nie mogła; wsparła się na ramieniu męża, oddychała powietrzem swojem, była prawie szczęśliwą.
Z dala pokazał się domek murowany. Serce uderzyło gwałtowniej, ranek się rozjaśniał, piękny był nawet, ale koło mieszkania kapitana czegoś pusto, ani żywego ducha... Cazita dojrzała zaraz pozamykanych okiennic w pokoju ojca... zapartych drzwi od ulicy... Przeczucie srogie targnęło jej duszą.
Wysiedli... nie śmiejąc pytać, szli oboje do drzwi[1] Konrad w nie uderzył, echo rozległo się, jak po pustyni raz i drugi. Aż w górze otworzyło się okno nierychło; siwa głowa Anunziaty ukazała się z niego, i dwa okrzyki powitania razem słyszeć się dały. Kobiety wyciągnęły ku sobie ręce.
Potem jak grzmot przeleciała schody, rozwarły się drzwi, stara ściskała ukochaną siostrzenicę.
— A ojciec? ojciec? — spytała Cazita.
— Ojciec! ojciec dotąd nie powrócił — odpowiedziała ciotka zdyszana; mówią że popłynął do Stambułu... Nie wiemy... ale ileż to razy dłużej go nie było?

— A wieści?...

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak przecinka lub kropki.