Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 111 —

niech on mnie uściśnie. Jam mu potrzebna: niech się pocieszy, żem szczęśliwa! Corradino mio! powrócimy tu, i ja już... nie zatęsknię ci więcej; będę posłuszna, będę wesoła, będę tylko twoja...
Jakże się było oprzeć temu gwałtownemu uczuciu? Konrad także ją kochał, nie mógł tego uczynić. Rozkazał przyspieszyć przygotowania do odjazdu. Obawiał się Pukały, ale i stary nazajutrz po tym wieczorze był bardzo zmieniony do niepoznania. Chcącej gderać Murzynowskiej zamknął usta, a sam z troskliwością ojcowską wziął się do wyboru w podróż panicza.
Tylko gdy w ganku przyszło mu się z nim pożegnać, gdy sobie padli w ramiona, piastun stary, sługa wierny i wychowanek serdeczny rozpłakali się obaj płaczem wielkim, nieutulonym, długim, i słowa już do siebie rzec nie mogli.
Proboszcz pożegnał landarę.
— Deus vos... ducat, redukat! szeptał, a łzy mu ciekły po policzkach.
Płakali wszyscy... a gdy dwór z oczu zniknął, Cazita rzuciła się znów na szyję mężowi.
— Tyś anioł, rzekła, jam niewdzięcznica.
I łza jej pociekła, lecz wiatr wiosenny prędko ją osuszył.




Inaczej teraz dopływali do miasta, które dziecię jego tak chciwie ujrzeć pragnęło. Wiosna to była znowu, ale powietrze chłodne, burzliwe, pora wietrzna; niebo okryte porozrywanemi na szmaty obłokami z poza których ukazał się czasem różek lazurowy wiekuistej obsłony sklepienia, ale natychmiast pokrywały go gęste lecące od lądu tumany.
Wicher i rozkołysane fale nie potrafiły powstrzymać Cazity spragnionej domu, tem niecierpliwszej im się bardziej do niego zbliżała.
W Tryeście dom ciotki zastali pustym i nic od nikogo w nim o »Padre Antonio« i jego panu dowiedzieć się nie mogli; staruszka wyjechała była do krewnych. W porcie mało było statków, a i te co stały na kotwicy, czekały pogody, nie chcąc się puszczać na morze rozzłoszczone i niebezpieczne. Ale Cazita płakała, Konrad musiał pójść szukać jakiejś łodzi, bodaj rybackiej nieco większej, aby ją nająć do Wenecji.
Podróż obiecywała być długą, przykrą, ba! nawet niebezpieczną, ale wenecjanka śmiała się z postrachów tych i utrzymywała, że żaden prawdziwy marynarz wiosennych się wichrów nie lęka!
Niebo się jakoś rozpogodziło choć niezupełnie; łódź się znalazła z pomostem dość niewygodnym, padrone statku