Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 96 —

Gdy się za nim drzwi zamknęły, Maciek w smutnej postawie, kiwając głową, stanął przed panem.
— E! panie! — zawołał — po co to my do Wenecji jechali? ano i mnie, i pana... ponoś... schwyciło półdjablę weneckie!!!




W Robninie stary Pukało jedną wydeptaną ścieżką chodził dwór przewietrzać, gdański zegar nakręcać o swej godzinie, i po pokojach przesuwając się milczący Zdrowaśki za nieboszczyków odmawiał, ale mu się tęskniło po paniczu!
— Gdzie się to on tam teraz obraca? — mawiał zrazu do Murzynowskiej. Żeby go tam aniołowie stróże prowadzili i nim się opiekowali!... Co to młode, gorące, trochę dziwaczne, a ten szaławiła Maciek, to mu tam tylko kłopotu przysporzy, nie ulgę sprawić morze... Aby go tylko Bóg cało nazad przyprowadził!
Przyszły listy jedne i drugie, i pocieszył się stary choć tem, że z powodu moru już o podróży do Ziemi Świętej mowy nie było.
Pukało rad był się o Wenecji dowiedzieć, ale krom tego co w starej książce »Świat przejrzany« znalazł, nie wiele się o niej nauczył. Prawił mu ksiądz proboszcz różne dziwy, nad któremi serce i fantazja starca pracowały. Wzdychał i modlił się.
— Co Bóg da, będzie.
Aż tu jednym razem z Poznania przywożą mu pismo długie. Okularów pod ręką nie było, stary je na polu odebrał, a do dworu kawał i posłać nie miał kogo, bo szkła były pod kluczem, klucz przy kłódce z innymi, i powierzyć ich nie sposób.
Gorejąc od niecierpliwości Dalifur, posztykulał do domu, a że proboszcza spotkał w drodze (który też bez okularów nie czytał, chyba na mszale, który na pamięć umiał), potem Murzynowską około ckmielnika, wszyscy troje z tym listem zawlekli się do pokoju Pukały.
Nim się szuflada otworzyła, okulary dobyły, futerał sznurkiem umocowany otworzył, szkła wytarły... co to było domysłów nad długością pisma i jego treścią!!
Naostatek zasiadł tyłem do okna stary i rzucił oczyma po wszech stronicach, a napadłszy kilka wyrazów, aż krzyknął:
— Jezus Marja!
Ksiądz się zerwał, Murzynowską jęknęła.
— Na Boga! co się stało paniczowi?
— Żeni się, jak mi Bóg miły, żeni się — zawołał Dalifur — ot co!
— Gdzie? za granicą? z kimże?
— A no... Panie odpuść, z Włoszką!