Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


swój dla Słomińskich... ja to wiem. — Otóż ja otwarcie mu powiem, że i ja przybyłem za niemi.
Czekał na odpowiedź, Panter cokolwiek zmięszany obcesowością milczał.
— Jeżeli się z sobą nieporozumiemy, nawzajem sobie przeszkadzać będziemy.
— Mów pan dalej — ozwał się hrabia — poważnie i z góry jakoś traktując gościa — nie dobrze sobie zdaję sprawę z tego...
— Dla wszystkich może być tajemnicą stan starego Słomińskiego, ale dla nas — dla mnie i dla pana hrabiego, nią nie jest.
— Nie-ro-zu-miem — odparł bardzo powoli wyraźnie Panter.
— Jeżeli my temu nie zapobieżemy, to go brat, najczulszą otaczając opieką, wsadzi do czubków, a gdyby mu się to nawet nie udało, przynajmniej majątek zagarnie w opiekę...
Quo titulo?
— Czyż ja to, panu hrabiemu mówić potrzebuję? smiejąc się zapytał Paschalski.
— Nie-ro-zu-miem — powtórzył hrabia.
— Słomiński, krótko mówiąc — jest mente captus.
— Pierwszy raz słyszę — odparł zimno hrabia...
Paschalski niecierpliwie ramionami ruszył.
Mow to pan komu chcesz, ale nie mnie.
Hrabia zmilczał poważnie, podniósł do góry głowę i zimno rzekł:
— Przypuściwszy tedy, że rzeczy stoją jak pan je wystawiasz — cóż dalej?
— Ja się z tem nie taję, że o rękę panny konkurować myślę, aby ją od stryjaszka ratować.
— A! a! rzekł szydersko Panter — ale nie wzbroniono panu starać się choćby o jedną z arcyksiężniczek, jeżeli chcesz tak bardzo dostać harbuza...
— Harbuz — to moja rzecz.