Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


To mówiąc, poczęła trochę ściskać Anielę zawsze smutną i milczącą, poszła do zwierciadła poprawić ubranie, uśmiechnęła się sama do siebie, i nagle, jakby już zapomniawszy o wszystkiem, zwróciła się do przyjaciółki.
— Wiesz — szepnęła jej, śmiejąc się, na ucho — mam tu jednego młodziutkiego artystę — nigdym do niego trzech słów nie przemówiła, nie znam go, ale się we mnie na śmierć rozkochał. Gdzie ja się tylko pokażę, jest... Wszędzie, krok w krok, za mną... Modli się do mnie oczami, a ja udaję taką strasznie surową, ale mi go okrutnie żal... Śliczny chłopak i takiego coś ma w sobie poetycznego... Oczy czarne, włos długi... A, powiadam ci, czy szpieguje, czy sługi przepłaca, ale każdy mój krok odgaduje, pewną jestem, że go znajdę zawsze. Czasem, gdy nie wychodzę, to przed oknami krąży godzinami i wzdycha! Takie to zabawne powiadam ci...
Aniela zdumiała się niezmiernie tej mowie zamężnej pani, która dopiero przed półtora rokiem, z miłości za mąż poszła, ale nim miała czas na to dziwne zwierzenie się odpowiedzieć, Dyzia obwiązała się szalem, pocałowała ją w czoło, i jak ptaszek podskakując, wybiegła — drzwiami trzaskając za sobą.




O zwykłej obiadowej godzinie, w górnej sali hotelu Stadt Frankfurt, a raczej w dwóch obszernych pokojach, dosyć ciemnych, pełno już było osób zasiadających przy różnych stołach...