Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A! nie, mąż mój jest jak i ja ze Lwowa — lecz z wielą innemi, tutaj zrobił karyerę — ma tu zajęcie.
— I czemże się zajmuje?
— Jest dziennikarzem.
— A! nie wiedziałem, prawdziwie! aż mi wstyd! Jest więc polski dziennik we Wiedniu?
— A! nie, — rumieniąc się przerwała Dyzia — mąż mój pisze po niemiecku.
— Po niemiecku!! — zawołał stary zdziwiony, spojrzał jakoś dziwnie i zamilkł.
— Jakże? — spytał po chwili — możecie tu państwo wyżyć w pośród obcych?
— O! panie! myśmy się już z niemi zżyli i sami prawie stali obcymi.
Słomiński się zadumał smutnie, twarz mu się jakimś chłodem oblokła, znikł z niej wyraz wesołości z jaką witał Dyzię, westchnął.
— Bardzo jestem szczęśliwy — rzekł zimno i ceremonialnie — iż Aniela na czas naszego pobytu, znajdzie tak miłą towarzyszkę.
Wymówiwszy te słowa skłonił się, uśmiechnął grzecznie i wyszedł do swojego pokoju.
Dyzia rzuciła się do ucha przyjaciółki.
— Ale się wam śni chyba! Ojciec twój zupełnie jest zdrów i przytomny.
Aniela nic na to nie odpowiedziała, łzy biegły jej z oczów. Dyzia dała jej trochę wypłakać.
— Cóż ty dziś myślisz robić? — zapytała.
— Ja — będę przy ojcu siedziała — czekając aż mi dasz doktora, i obmyślimy środki wprowadzenia go do nas, pod jakimś pozorem...
— A wieczorem?
— Wieczorem, także...
— Ale ojca by należało rozerwać — mówiła Dyzia, niema nic lepszego na melancholię jak trochę zabawy...