Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A! doktora, doktora dobrego, uczciwego, surowych zasad człowieka ja ci wyszukam — mówiła Dyzia, ciągle zamyślona. Przychodzi do mnie na wieczory staruszek jeden, który, sam o tem nie wiedząc, nie przyznając się do tego, tak się dobrze we mnie kocha jak i młodzi... Jest to człowiek poważny, radca ministeryalny. Ja się jego poradzę — a od czegoż on radzca i siwy?
Szeptały tak z sobą, gdy drzwi się pomału uchyliły, i spokojna, wypogodzona twarz pana Słomińskiego ukazała się w progu. Dyzia odwróciła głowę, pobladła ze strachu i z oczyma wlepionymi weń, siedziała nieruchoma.
Stary drzwi otworzył i wszedł.
Patrząc nań teraz, niepodobna się było słabości domyśleć, chyba po ogniu oczów i spojrzeniu nad wiek jego i ruchawem.
Zobaczywszy kobietę siedzącą przy córce, zatrzymał się zdala, nie mogąc jej od razu poznać i przypomnieć sobie, wlepiał w nią wzrok ciekawy.
— Tatko sobie nie przypomina... panny Dyonizy, a dziś pani Anzelmowej X...
— Panny Bremer! wszak tak! — zawołał wesoło stary — przyjaciółki twojej od serca, którą mieliśmy przyjemność mieć raz na wakacyach na wsi — a! jakże! przypominam! I owszem.
To mówiąc, rękę wyciągnął uprzejmie. Przestraszona pani Anzelmowa jeszcze do siebie przyjść nie mogła, ale widząc go tak spokojnym, uprzejmym, pamiętającym dobrze przeszłość — ośmieliła się w krotce.
— A pani co tu w Wiedniu porabia? — rzekł stary.
— Ja, panie, zostałam Wiedenką — odezwała się Dyzia, rumieniąc — poszłam tu zamąż.
— Jak to! Za Niemca? — spytał Słomiński.