Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tragiczna, straszna strona życia objawiła się jej oczom. Spodziewała się tu rozrywki... wpadła w dramat, wśród którego się czuła — zupełnie nie swoją... Rada by była uciec — taki ją ogarniał przestrach.
— Ależ to okropne — to okropne — wyszepnęła, oglądając się trwożliwie Dyzia... to prawdziwie przerażające... moja biedna, biedna Anieluniu.
Co tu począć! co tu począć!
— Przybyłam z ojcem aby się poradzić doktora... Lecz i lekarza tego, któremu się mam zwierzyć — muszę dobrać tak, abym mu się bez obawy zdrady całkowicie mogła wyspowiadać... Potrzebuję doktora i opiekuna i przyjaciela zarazem, doradcy, któryby nie dał poznać ojcu dlaczego przychodzi... Rozumiesz mnie! Dlatego napisałam zaraz do ciebie — ty mi go musisz dać.
Dyzia główką potrząsała. — Nie będzie to tak łatwo znaleźć podobnego człowieka — ale poradzę się, pomyślę.
— Mąż by ci mógł nastręczyć! — wtrąciła Aniela.
— Mąż! mój mąż! — rzucając gwałtownie ramionami, odezwała się młoda pani — mój mąż jest do niczego, jak skoro odejdzie od biurka i rzuci pióro, lub wyjdzie po za zakres codziennych swych zajęć dziennikarskich... Naówczas — chyba do trzpiotania się i zabawy jest zdatny. Mój mąż! — powtórzyła z wyrazem dziwnym, ruszając ramionami.
— Jakto? ten twój Anzelm, któregoś ty tak kochała?
— Ale ja go i dziś jeszcze kocham, a przynajmniej lubię bardzo — mówiła Dyzia dosyć zimno — ale z nim o takich sprawach mówić — ani podobna... Tyle bym zyskała, że może jutro, gdyby mu zabrakło przedmiotu — gotów by tę historyę w Pogadankach i Przechadzkach wiedeńskich, przyprawną po swojemu, umieścić.
— O, mój Boże! twój Anzelm!