Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— I nikt niewie. Pytałem jednego profesora, uczonego aż do fiksacyi w Krakowie, i jednego niemniej rozumnego i erudyta, choć jeszcze przytomnego, we Lwowie, — żaden z nich niewie dobrze, gdzie się nam nić urwała — choć jeden się grzebał w archiwach austryackich, tam szukając koniuszka, drugi pruł mnóstwo książek, myśląc że się gdzie mógł w nich zapodzieć. Oba mi mówili iż urwanego końca żaden nie znalazł, a z labiryntu w jakim jesteśmy, bez tej przewodniej nici Aryadny wyjść nader trudno... Może, niepodobna. Ja właśnie jadę oto do Wiednia, przyznam się panu dobrodziejowi, dlatego ażeby dośledzić czy koniec nitki z węzełkiem, nie dostał się Austryakom przy pierwszym rozbiorze. Oni sami mogą o tem niewiedzieć — tak jak w ogóle nie dobrze wiedzą zawsze co się z nimi dzieje. Co się tyczy Prusaków, tam już niema co szukać, bo oni by z niego albo knot zrobili do armatniego lontu, albo by go na swoją barwę przefarbowali i — z pozwoleniem — spaskudzili. Że w Moskwie niema nitki tej, dotąd pewny byłem — ale? któż to wie — u kaduka... mógł ją sołdat schować do kieszeni.
Westchnął.
— Szukaj że tu!! dodał smutnie.
— Niechaj ojciec odpocznie — odezwała się panna — tak śliczne mijamy położenia, kraj taki żyzny — drzewa — łąki...
Stary wyjrzał oknem i westchnął.
— E! to wszystko furda jest — rzekł — przeciw temu czem była Polska za moich czasów — to była śliczność! to był obrazek! to był raj ziemski... ach!
Pan Eliasz Rżewski, który się w tej wierze chował, że świat i Korona polska, acz połamana, ogromnie od lat kilkuset wypiękniały i wyrosły — nie mógł się już tym razem od śmiechu wstrzymać.
Staruszek to dostrzegł.