Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pan Izydor stał naprzeciw z jedną ręką w kieszeni i miną jakąś niemal protekcyonalną.
— Nie wiem — rzekł — ale mam przeczucie jakieś, że coś zajść musiało — nieprzyjemnego. Widziałem przed chwilą, wracając tu z blizkiej poczty — wychodzącą pannę Anielę, ze stryjaszkiem Rżewskim... Oni tu u pana być musieli?
— A, byli — rzekł krótko i cicho pan Eustachy.
— I cóż?
— No — i nic — oświadczyła mi panna Aniela, że wychodzi za młodego Rżewskiego...
— A! a! — zawołał Paschalski — ten się uwinął! Proszę.... a my podobno wszyscy ilu nas jest, serdecznieśmy mu pomogli do tego... i stryjaszek Eustachy także...
— A więc to — pewna?
— Oświadczyła mi to!
— I opieki już nie będzie potrzebowała! — rozśmiał się Paschalski...
Proszę pana dobrodzieja, powiedzieć mi teraz, do czego się tu zdał rozum, polityka, studia całego życia, przebiegłość... chytrość... i dyplomacya?... Ja nie jestem wcale głupi, pan dobrodziej tak rozumnym bywałeś, że mi się nieraz chciało uczyć od niego, no i hrabia Panter, nie można powiedzieć, żeby sprytnym nie był... a wszyscyśmy ilu nas było... zwyciężeni zostali przez prostą sobie, Bogu ducha winną dziewczyninę...
Począł się śmiać... pan Eustachy nie mówiąc nic w okno spoglądał, zdawał się wyraźnie chcieć skończyć rozmowę i pozbyć natręta, ale Paschalski znajdował przyjemność dręczyć go trochę.
— Pan Dobrodziej wie, że Panter się żeni? Słowo daję. Chłop strzela, Pan Bóg kulę nosi. Starał się o pannę, a dostaje wdowę, Baronowę Heller, osobę tak wytrawną i doświadczoną, że potrafi go poprowadzić, gdzie zechce...