Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tu zamilkł trochę, jakby mu trudno przychodziło się wyspowiadać. Schylił się nieco do oczekującego brata...
— Kochany mój — muszę ci powiedzieć... śmieszną rzecz... moja Anielka... widzisz... tak przywiązana do mnie, poczciwe dziecko, troskliwa zbytnio o zdrowie moje, wyobraża sobie zawsze, że mnie mówienie — towarzystwo — dysputa... gorętsza szkodzi... Nie puszcza mnie... mam z nią zawsze kłopot gdy chcę być sam bez niej... Niezmiernie się lękam, żeby ona...
— Cóż znowu, kochany Modeście — to dzieciństwo...
— No, tam, a jednak widzisz — żal mi jej, i, jak to my wszyscy kobietom, tak i ja — ulegam...
Eustachy się zamyślił.
— Wypraw ją tego wieczora gdzie, do teatru, na koncert, czy coś podobnego i — koniec.
— Tak, będę się to starał uczynić... będę się starał!
Czoło zmarszczone i twarz zasępiona pana Modesta, świadczyły jednak, że nie zbyt pewien był siebie.
Zaczęli przysunąwszy się szeptać coś długo, ale tuż weszła panna Aniela, prosząc na wystygłą już herbatę, i pomimo znaków, które jej dawał ojciec, a których zrozumieć nie chciała, wyprowadziła wreszcie braci, podając rękę stryjowi. — Na czole pana Modesta malowało się widocznie nieukontentowanie, z przerwanej rozmowy.
Eustachy, oświadczywszy wprzódy już iż czasu nie ma, wycofał się zaraz, przeprowadzony przez Modesta, który u progu powtórzył mu zapewnienie, że pojutrze wieczorem, bądź co bądź, stawić się będzie. Fedorowicz, który stał niedaleko za drzwiami, piąte przez dziesiąte zasłyszał coś tylko iż jego pan bytność swą przyrzekał....