Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szła panna Aniela i była tak łaskawa, że nas zaprosiła na herbatę, a razem, kochanego stryja, kazała mi zakląć na wszystko, ażebyś Słomińskiemu nie dopuszczał mówić tych niedorzeczności.
— Niechże będzie spokojną, odezwał się pan Eustachy. Cieczy mnie zaproszenie, a nade wszystko to, że się zbliżasz do panny Anieli.
Eljasz spuścił głowę jak winowajca.
— Wie stryj — nigdym tego nie przypuszczał... ale, doprawdy, lękam się, ażebym się w niej nie zakochał.
— A ja o to pana Boga proszę! krzyknął Eustachy ręce podnosząc — kochaj się! i żeń. Patrz na moją łysinę — na moją okrągłość i na moje stare kawalerstwo, a niech ci one służą za naukę, abyś się wcześnie ożenił.
Eljasz wysłuchał przydługiej nauki moralnej z przykładną rezygnacyą, i — nie sprzeciwiał się stryjowi. Wieczorem oba skierowali się na Kärtnerring. Stary Słomiński był już o ich przybyciu zawiadomiony. Przy obiedzie córka mu powiedziała, że na wieczór zaprosiła dawnego towarzysza i starego przyjaciela.
— A to bardzo dobrze — odparł Słomiński — z nim przynajmniej otwarcie pomówić mogę.
Sami byli w pokoju, stary się jednak obejrzał...
— Słuchaj no — szepnął — ten młody Rżewski, jego synowiec, co to się do nas przyczepił w drodze — mnie się zdaje, że on coś na ciebie spogląda?!
Panna Aniela zarumieniła się.
— Ale cóż bo się papie zdaje — odezwała się żywo. Jest dla nas grzeczny — ale nie ma w tem nic — jestem pewna.
— A ja jestem pewny, że w tem już coś jest — odparł Słomiński — nie miał bym nawet nic przeciwko temu, szlachcic prawdziwy, acz nic więcej. Dygnitarstwa w rodzie nie mieli żadnego, wątpię na-