Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jąc, trąc czoło, skrycie niby ocierając łzy, i okazując największy niepokój.
Wszyscy naturalnie z największem współczuciem odpowiadali mu, — i zaręczali dochowanie tajemnicy, ale wieczorem całe miasto wiedziało, ze pan Modest Słomiński był mente captus, lub niewiele do tego brakowało. Parę dni tak zręcznych zabiegów doskonale grunt przygotowało.
Ze swej strony pan Modest w obawie aby pilnująca go córka, nie przeszkodziła wyjściu z domu oznaczonego wieczora, postępował z mniejszą przebiegłością, ażeby sobie pewną przygotować zgubę. — Parę razy wziął na stronę przyjaciółkę Dyzię i poufnie się jej zwierzył, że go to mocno boli iż Anielka się nudzi siedząc nieodstępnie przy nim, iż chciałby dla niej jakiejś rozrywki, zaklął piękną Wiedenkę, aby wieczorami starała się ją do teatru lub na koncerta zabierać z sobą...
Dyzia niezupełnie ufająca staremu, powtórzyła to Anieli, a ta otwarcie zapewniła ojca, że ją nic lepiej nie bawi jak ciche wieczory spędzane z nim w domu.
Pan Modest Słomiński w powszednich sprawach życia miał rozsądek zupełny — począł więc do córki przemawiać gorąco i przekonywająco, że ofiara jej jest zbyteczną, i że w tem widzi ofiarę.
— Ja bardzo dobrze rozumiem, dla czego ty to czynisz i upierasz się przy tem — rzekł do niej — zawsze się obawiasz o mnie, żebym się tu nie skompromitował. Ale naprzód trzeba ci wiedzieć, że ja jestem ostrożny, a po wtóre w Austryi czasy te dawne policyjnych rządów, szpiegostwa i szpiclów minęły.
Wszyscy mi to zaręczają.
Zresztą daję ci słowo, że się i z domu nie oddalę, i nikogo nie przyjmę, gdy ciebie nie będzie, kiedy ty już chcesz mnie koniecznie trzymać w kurateli.