Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Droga panno Anielo! zawołał — jakżem szczęśliwy że cię widzę. Ale mi tu ojciec ogadał panią, żeś chora, że pokaszlujesz, wyglądasz jak róża w ogrodzie Hesperyd.
Aniela drżała i słabła niemal, patrzała na uśmiechającego się ojca, nie wiedziała co odpowiedzieć. Stryj pożerał ją oczyma.
— Jak to niezmiernie dawno niewidzieliśmy się! mówił głosem miłym i słodkim. Niewymownie tęskniłem. Ot, i gdyby nie ten Wiedeń obrzydły... niespotkalibyśmy się może tak rychło.
Nie prędko panna Aniela potrafiła się zebrać na odpowiedź, i zmusić do takiego tonu, któryby nie brzmiał dysharmonijnie wśród koncertu uczuć serdecznych. Nigdy nie widziała stryja tak niewymownie czułym, tak dziwnie nadskakującym. Zwiększało to jeszcze jej przestrach, a sama myśl że tak długo sam na sam byli z panem Modestem, niepokoiła ją okrutnie. Fedorowicz już się przed nią wytłumaczył w przedpokoju z tego najścia, które jego winą nie było, i rozpaczał biedny stary, nad tem co się stało. Znali wszyscy pana Eustachego w domu, a pozorna jego dobroć nie łudziła już nikogo — wiedziano co pokrywała. Pan Eustachy zabawiwszy jeszcze z pół godziny i wytrzymawszy na torturach pannę Anielę, po tysiącznych oświadczeniach, uściskach, całowaniu rąk, pożegnaniach — powróciwszy ze trzy razy odedrzwi, na ostatek ich opuścił.
Modest przeprowadził go do przedpokoju.
— Dasz mi znać kiedy u ciebie się zebrać mają — rzekł — będę i ja — powiemy obszernie i otwarcie.
Jeszcze raz ucałowawszy brata, pan Eustachy odszedł wreszcie, a Słomiński wrócił z wymówką do córki.
— Dla czegożeś ty tak zimno stryja przyjęła? To dobry człowiek... Ma swe wady. Zapewne... ale przekonałem się, że patryota gorący... a to mi za wszystko płaci.