Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się nim poczciwy Fedorowicz właśnie, gdy dzwonek u drzwi szarpnęła ręka silna...
Ledwie miał czas okulary złożyć i szacowną książkę, gdy pociągnięto niecierpliwie sznurek po raz drugi, i stary otwarłszy drzwi, ujrzał przed sobą twarz wesołą, uśmiechniętą — pana Eustachego...
Pobladł poczciwy sługa i zmięszał się niezmiernie — pan Eustachy ani go pytając nawet już próg przestępywał — wchodził i począł od powitania najczulszego.
— Jakże ty mi się masz, kochany Fedorowicz... jak się masz... A mój brat? Fedorowicz palce położył na ustach,
— Cóż? śpi — chory??
— Nie — proszę pana — ale... ale... dopóki panna nie powróci, nie kazano nikogo przyjmować.
Pan Eustachy rozśmiał się dobrodusznie i palcem wskazał sobie na piersi.
— Mój Fedorowicz! nikogo! bardzo dobrze — ale mnie! proszęż cię — mnie — brata!
Postąpił krok dalej, gdy stary mu sobą drogę zaparł...
— Nie można! niech pan raczy darować... niech pan przebaczy...
— Ale, cóż bo znowu! śmieszny jesteś! podnosząc głos rzekł pan Eustachy — zdzieciniałeś! Zapominasz kto jestem...
Fedorowicz z głową spuszczoną, z rękami zwieszonemi stał uparcie i nic wprawdzie nie mówiąc — nie puszczał...
Pan Eustachy, który w końcu już bardzo głośno mówił, umyślnie widać jeszcze donośniej zaczął się odzywać...
— Pójdź że się spytaj — ale to niesłychana rzecz, żebym ja do brata się potrzebował meldować! Co to jest...
Głos ten musiał widać usłyszeć pan Modest i poznać go, gdyż w tej chwili otworzył drzwi, Fedoro-