Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/279

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Cóż to znowu? zkąd takie rozpacze?
    — Dosyć jest kilka mil krajem naszym przejechać... uwag się naciska bez liku...
    Westchnął i zamilkł...
    Zmierzchać zaczynało, rozmowa przerywana jak nie szła tak nie szła. Wolski zabiegał z różnych stron, nic się dobadać nie mógł.
    Wojtuś był czemś przejęty, poruszony, a że nie miał zwyczaju taić się, zwracało to uwagę Wolskiego tem mocniej, iż rzecz zdawała się być większej wagi i natury delikatnej.
    Postanowił nie nalegać a dać mu się — jak mówił — wysapać.
    Przy wieczerzy i po kilku wina kieliszkach garbus się ożywił, ale pluł jakiemiś pesymizmami bez końca.
    Ile razy Kajetan nań spojrzał, jakby pochwycony na uczynku czerwienił się, pił i milczał... Mówiąc tak o wszystkiem i o niczem dosiedzieli do późnej nocy. Księżyc z poza starych lip ukazał się ze swą tarczą srebrzystą jak ciekawy szpieg badający nocy tajemnice. Tęsknota tej godziny duchów obwiała ich z wieczornem powietrzem. Sparty na ręku Wolski patrzał na ogród, Wojtuś także... Po długiem milczeniu zerwał się nagle...
    — Co ze mnie za dziecko — zawołał —