Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/252

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    słuchać, czekać i rozważać, nie rychło zebrawszy się na odpowiedź.
    — Naprzód — rzekł z profesorską powagą — naprzód należy mi wam podziękować za zaufanie... ale każecie mi profanowi w sprawach małżeńskich sądzić to, o czem nie mam wyobrażenia. Nie jestem wtajemniczonym... znam teoryą, uczyłem się historyi małżeństw — ale nie mogę się do tego przyznać, bym posiadał słowo zagadki. Nie wiem, jak się kształtują stosunki serca i dłoni, charakterów i humorów... Jestem jak chemik, co się z książki uczył a nie był nigdy w laboratoryum...
    — To są wszystko piękne słowa — odezwała się Helma, stając naprzeciw niego i patrząc mu w oczy znacząco — ale ja pragnę od was... stanowczej rady! Znacie mnie i jego! mamli szukać życia z nim znowu... i znosić dziwactwa? — Nie zgodzimyż się na to dziś, aby nazajutrz gorzej, bo na wieki zerwać z sobą? W takim razie nie lepiejże, gdy pozostaniemy, jak jesteśmy?
    — Lecz tak przecież w tym stosunku wątpliwym, nieokreślnym, który wkłada więzy, nie nagradzając ich niczem, pozostać na zawsze!
    Helma spojrzała nań znowu i spytała: — Dla czego?
    — Są wymagania serca... życia... których